Znasz to uczucie, kiedy twój kalendarz wygląda jak pole bitwy, a w międzyczasie próbujesz jeszcze „żyć pełnią życia”? W dzisiejszym świecie bycie zajętym to trochę jak odznaka honorowa – im bardziej zapracowany, tym bardziej wartościowy… prawda?
Tyle że nie do końca.
Perfekcjonizm w trybie turbo
Dążenie do perfekcji może brzmieć szlachetnie, ale w praktyce często kończy się przepełnionym grafikiem, wiecznym zmęczeniem i przekonaniem, że zawsze można (czytaj: powinno się) zrobić więcej. Pracować więcej. Ćwiczyć więcej. Pomagać więcej. Wszystko „więcej” – i to bez wysiłku, oczywiście.
Efekt? Frustracja, wypalenie i nieustanne wrażenie, że jesteś w tyle. A przecież nikt z nas nie jest w stanie ogarniać wszystkiego.
Czy naprawdę to wszystko musisz?
No właśnie. Czasem warto się zatrzymać i zadać sobie jedno proste pytanie: czy to, co robię, naprawdę ma dla mnie znaczenie? Czy mój grafik odzwierciedla moje wartości – czy tylko cudze oczekiwania?
Oduczanie się perfekcjonizmu to sztuka wybierania. To pozwalanie sobie na mniej. To proszenie o pomoc, delegowanie zadań, mówienie „nie” i stawianie granic.
Uważność zamiast automatu
Nie chodzi o to, żeby przestać być ambitnym czy rzucić pracę i medytować na balkonie. Chodzi o to, żeby odzyskać wpływ na swój czas i energię. Być tu i teraz. Nie zastanawiać się “a co jeśli”, tylko z uważnością być i reagować na to, co dzieje się właśnie w tym momencie. W tej chwili.
Uważność pomaga nam zauważyć, co nas karmi, a co tylko zjada czas. Daje przestrzeń na odpoczynek, refleksję i – przede wszystkim – obecność tu i teraz.
A kiedy jesteśmy obecni we własnym życiu, zaczynamy widzieć, co naprawdę się liczy.
Cena zabiegania: czyli kiedy „mam tyle na głowie” zaczyna kosztować zbyt dużo
Znasz to uczucie, kiedy kalendarz pęka w szwach, a ty… właściwie nie wiesz, po co to wszystko robisz? Bo choć ciągłe bycie zajętym może wyglądać produktywnie, w rzeczywistości często okazuje się, że płacimy za to całkiem wysoką cenę.
Bycie wiecznie zajętym to nie medal za zasługi — to często brak czasu na to, co naprawdę ważne. Na relacje, zdrowie psychiczne i fizyczne, odpoczynek czy zwykłe „nicnierobienie” bez wyrzutów sumienia.
Kiedy jesteśmy w trybie ciągłego działania, łatwiej popełniamy błędy, frustrujemy się i… coraz bardziej oddalamy się od własnych celów.
Co gorsza, łatwo wpaść w pułapkę działań, które wydają się „sensowne”: kolejne projekty, działania charytatywne, hobby, spotkania… tylko że one często wcale nie mają nic wspólnego z naszymi wartościami, czy chęciami.
Robimy coś, bo „wypada”, bo „może warto”, bo „inni też tak robią”. A potem zostajemy z kalendarzem wypełnionym zadaniami i sercem pustym jak kubek po zimnej kawie.
To właśnie tutaj pojawia się pytanie: czy to, co robisz, naprawdę jest spójne z tym, kim jesteś i co dla ciebie ważne?
Czy inwestujesz swój czas, energię i emocje w to, co rezonuje z twoimi wartościami – czy daje Ci to radość czy jedynie ulgę od lęku?
Bo wartości to coś więcej niż hasła z plakatu motywacyjnego. To twoje osobiste drogowskazy: mogą dotyczyć duchowości, moralności, relacji, pracy, rodziny, wolności… Każdy ma swoje.
Tylko nie każdy je zna. A kiedy działamy wbrew nim — pojawia się wewnętrzny zgrzyt. Czujemy się nieswojo, choć nie zawsze umiemy to nazwać.
Dlatego zanim powiesz „tak” kolejnemu zobowiązaniu, zanim zapełnisz kolejne okienko w kalendarzu, zatrzymaj się na chwilę i zapytaj:
👉 Czy to mi służy?
👉 Czy to wspiera to, co dla mnie naprawdę ważne? 👉 Czy to moje, czy cudze oczekiwania?
I pamiętaj — nie musisz wywracać życia do góry nogami.
Czasem wystarczy drobna zmiana, by poczuć, że znowu idziesz w swoją stronę.
Tekst na podstawie książki: “Perfekcjonizm” – Sharon Martin